Noc wigilijna. Padające z nieba płatki śniegu pokrywają ulice miasta białym puchem. Pewien młody mężczyzna ubrany w wysłużony płaszcz, przez szyby wystawowe obserwuje wnętrze sklepu z antykami. Przyciśnięty przez biedę decyduje się na desperacki krok – zamierza obrabować antykwariat oraz zamordować jego właściciela.

Tak zaczyna się film „Markheim” wyreżyserowany w 1971r. przez Janusza Majewskiego. Bazuje on opowiadaniu o tym samym tytule, autorstwa szkockiego pisarza Roberta Louisa Stevensona żyjącego w XIX wieku. Tytułowy bohater to wspomniany już wcześniej młodzieniec, który przybywa do starszego człowieka zajmującego się skupem antyków. 

Markheim jest gotów zabić antykwariusza, byleby tylko zdobyć pieniądze, dzięki którym mógłby przeżyć kolejny dzień..., ale chwila, czy to nam czegoś nie przypomina? Oczywiście, skojarzenia ze „Zbrodnią i karą” Fiodora Dostojewskiego są jak najbardziej uzasadnione. Więc czy dzieło opierające się na tak, wydawałoby by się, oklepanym motywie, ma cokolwiek ciekawego do zaoferowania? 

Już początek filmu jasno tłumaczy widzowi, że nie uświadczy on tu żadnych radosnych scen – chłopiec stojący na mrozie żałośnie prosi przechodniów o jałmużnę, lecz jest przez nich ignorowany. Dodatkowo czarno-biały obraz potęguje ponury nastrój. 

Urok kina lat siedemdziesiątych działa filmowi na plus, należy jednak wspomnieć o kilku momentach w filmie, które mnie rozbawiły. Są one spowodowane typowymi dla tamtych czasów ograniczeniami technicznymi. Ogólnie jednak "Markheim" zestarzał się z godnością. Scenografia jest świetna – antykwariat, w którym rozgrywa się akcja pełen jest dekoracji i wydawałoby się, zbędnych ozdób takich jak zbroja rycerska przewijająca się w tle. Ostatecznie tworzą one atmosferę przepychu, co jeszcze bardziej podkreśla kontrast między nędzą Markheima a dostatkiem sklepikarza. 

Ostatnim elementem, który buduje klimat, jest muzyka autorstwa Bohdana Mazurka. Sama w sobie niczym się nie wyróżnia na tle innych dzieł - jest po prostu dobra.

Koniec końców wypada jednak bardzo dobrze, gdyż dźwięk w filmie został wykorzystany w bardzo mądry sposób. Muzyka jest świetnie zgrana z tym co dzieje się na ekranie. Dodatkowo takie szczegóły jak tykający zegar w tle sprzyjają budowaniu napięcia. 

Film Janusza Majewskiego opowiada o ludzkiej naturze, o tym jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek zagrożony widmem skrajnego ubóstwa. Nadaje mu to cech dramatu psychologicznego z elementami grozy. Stwarza to konieczność zaangażowania aktorów, którzy zdołaliby oddać emocje i charakter postaci. Na szczęście Jerzy Kamas jako Markheim oraz Aleksander Bardini grający starego antykwariusza świetnie wywiązali się z tego zadania. Kamas zdołał oddać desperację jaka towarzyszy Markeimowi, zaś Bardini wypada bardzo przekonująco jako epatujący pogardą do ludzi wokół i momentami wręcz odpychający sklepikarz. Gra aktorska, muzyka oraz powolne tempo sprzyja immersji. Przez to odbiorca filmu zamiast być tylko widzem, jest niemalże uczestnikiem wydarzeń. 

Dodatkowo „Markheim” skłania do refleksji nad ludzką naturą, człowieczeństwem. W pewnym momencie zadajemy sobie pytanie: „Czy Markheim oszalał?” Podoba mi się to, że zamiast podtykać gotową odpowiedź pod nos, Majewski zmusza nas do samodzielnego myślenia. Widać to np. po zagadkowym zakończeniu całej historii. Mimo, że film jest krótki (trwa zaledwie 25 minut), pozostaje bardzo ciekawym doświadczeniem. Posiada własny klimat, choć posiada swoje wady, szybko o nich zapominamy, skupieni na tym co wydarzy dalej.
Warto obejrzeć, zwłaszcza że tego typu dzieł raczej się już nie produkuje. I to właśnie oryginalny nastrój sprawia, że „Markheim” tak bardzo zapadł mi w pamięci.
Kuba Hryć IIA