Panta rhei?

 

Jak to jest, że komedie z dwudziestolecia międzywojennego dzisiaj są traktowane z niezwykłym sentymentem i uznaniem, choć już w czasach swego powstania uważano je za zapadły kąt kultury? Czyżby kicz z wiekiem nabierał... szlachetności? Pewnie przesadziłem posługując się tym słowem, choć nie da się ukryć, że kino II RP w większości uchodziło za tanią, nie wymagającego zbytniego wysiłku intelektualnego, rozrywkę. Rzecz, do której podchodzono „między telefonem, a kotletem.” 

A jednak, nikt współcześnie nie podchodzi do pierwocin X muzy z pogardą. Morał? Czyżby teraźniejsza filmografia (a szerzej kultura) zeszpeciła się do takiego stopnia, że dawniejsze „słabizny” są teraz gloryfikowane do miana wiekopomnych dzieł? Czyżbyśmy dostrzegali, że dawniejsze „twory kultury masowej”, pomimo swej prostoty i naiwności miały niepowtarzalny urok, dusze?

Patrząc na dzisiejsze komedie, które są przepełnione „zabawnym” mordobiciem, sprośnymi kawałami, prostackimi gagami, wulgarnym słownictwem oraz - wcale nie mniej dziecinną od międzywojennej – naiwnością, ciężko nie zgodzić się z powyższą tezą. Oto główny atut dawnego kina, cecha deklasująca współczesność – klasa.

Bez wątpienia, filmowi „Niedorajda” towarzyszy ona od początku do końca. Tym razem, Adolf Dymsza wcielił się w postać Florka Węgorzyka – mechanika pracującego
u niezbyt miłej rodziny Majewskich. Do tej familii należała bogata ciotka Agata, mieszkająca w Ameryce. Jej bratu (w tej roli znany ze swych drugoplanowych ról, jak zwykle świetny Józef Orwid) nie wiedzie się już tak dobrze. Dlatego wyłudza od swej siostry pieniądze, pisząc do niej co jakiś czas listy o narodzinach swych kolejnych dzieci. Faktycznie te wydarzenia nie miały miejsca i były jego czystą imaginacją. Tylko bowiem w takich okolicznościach, ciotka – bardzo lubiąca dzieci - jest gotów przysłać dolary. Niestety pewnego dnia postanawia odwiedzić krewnych. Wówczas Majewscy stają przed problemem – skąd wytrzasnąć nieistniejących członków rodziny. Z pomocą przychodzi Florek, nielubiany, traktowany jak popychadło pracownik, który na czas pobytu ciotki w Polsce zostaje „adoptowany”. Przez tą nagłą zmianę ról, w domu państwa Majewskich tworzą się liczne humorystyczne perypetie.

Zauważyłem ciekawy paradoks. Ekranizacja, mimo charakterystycznej do owych czasów egzaltacji i pretensjonalnej gry aktorskiej, ugaszcza nas ujmującą lekkością. Odniosłem wrażenie, że wszystko jest zrobione z pasją i oddaniem. „Nic na siłę, nic na siłę” – zdawałoby się brzmieć motto reżysera. Jak często dzisiaj się o tej zasadzie zapomina... Na wspomnienie zasługują również, znane chyba dla wszystkich zainteresowanych, piosenki Adolfa Dymszy oraz mało istotna, aczkolwiek rzucająca się w oczy, rola Michała Znicza. Są to miłe smaczki potęgujące pozytywnie infantylną atmosferę. Wielbicieli zwierząt skuszę zaś – celowo lakoniczną – informacją o pewnym piesku. Jestem pewny, że zdobędzie wasze serca.

Być może nie ma co zestawiać mentalności naszych przodków, z naszą mentalnością, starych filmów, z nowymi. Niemniej jednak, gdy oglądam leciwe komedie pełne dystynkcji i subtelności, dochodzę do wniosku, że poczucie smaku i gustu współczesnego społeczeństwa uległo zatrważającemu... schamieniu. Dlatego nie dziwię się, że kino dwudziestolecia międzywojennego ma tylu sympatyków, chociaż nigdy de facto nie było na wyżynach kultury. Jest to wręcz doskonały dowód na to, że...

Panie Witkacy, miałeś rację...

Wiktor Lewandowski

link do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=tEpHkKcHlbs

Inne recenzje: http://lo-sikorski.pl/360-lube-pandemonium-recenzja-wiktora-lewandowskiego