Słysząc tytuł pomyśleliście o Apokalipsie św. Jana? Muszę przyznać, że z początku mnie też to zmyliło, ale postanowiłem sięgnąć po tę książkę jako, że mam zaufanie do twórczości Szmidta, w szczególności po wręcz fenomenalnych ,,Szczurach Wrocławia”. I jak zwykle się nie zawiodłem. Autor roztacza przed nami wizję świata po wojnie nuklearnej, ale nie jest to wizja ani typowo ,,wschodnia”, ani typowo ,,zachodnia”. Mamy tu wprawdzie wszystkie cechy ,,wschodniego” postapo, ale nie jest to wywar tak gęsty jakim karmi nas np. Dmitry Glukhovsky. Ta gęsta papka jest rozrzedzona znaczną ilością humoru, który momentami jest wręcz dziecinny. Dodatkiem do tego wszystkiego są idealnie wkomponowane liczne nawiązania do dzieł popkultury zarówno światowej, jak i polskiej. No i są oczywiście liczne zwroty akcji, każdy o sile kilku megaton. Proszę nie zdejmować kombinezonów przeciwradiacyjnych. Podsumowując jednym zdaniem: Nie sposób się nudzić.


Po świetnym prologu napisanym z perspektywy pierwszej osoby następuje właściwa akcja książki. Szmidt postawił na klimaty polityczno-militarne, na szczęście wszystko napisane jest prostym i przystępnym językiem, więc nawet podczas zawirowań fabularnych ciężko jest się w tym pogubić. W książce przewija się cała masa barwnych i świetnie napisanych postaci: od tytułowego, wzbudzającego strach i charyzmatycznego Pana Jana, poprzez pesymistycznego marszałka Traczyka, a na sympatycznych żartownisiach ze Służb Specjalnych kończąc. Wydarzenia rozgrywają się w niedalekiej przyszłości na terenie Polski, głównie na terenie Wrocławia i w posowieckiej bazie militarnej w pobliżu Borów Dolnośląskich.
Podsumowując jest to pełnokrwista literatura post apokaliptyczna, ale z lekkim klimatem i sympatycznymi bohaterami, a do tego made in Poland. Czegóż chcieć więcej?